15/05/2026

Mythic Bastionland - Niedowieża - Sesja 1

Automat stołowy w kształcie Diany na jeleniu
Jacob Miller (złotnik), c. 1613 - c. 1615

Następnego ranka gęsta mżawka ustąpiła nie mniej gęstej mgle. Pomni przestrogi Kernicka Drużyna miała się na baczności - w końcu tutejsza mgła mogła być szkodliwa dla zdrowia - niemniej udało im się nie zagubić w mlecznym oparze. Podróż na południe przerwało im odnalezienie pośród delikatnych wzgórz tajemniczych kamiennych płyt, porośniętych mchem jakby nawianym z bagien. Tamże wiatr zadął, przeganiając mgłę, niosąc zawodzenie i delikatne krople. Kendrick jako pierwszy porównał kamienne pole do cmentarza - więc jak na cmentarzu, oddali hołd zmarłym, jakkolwiek pradawni by nie byli. 

Ruszyli dalej na południe, i przed wieczerzą spotkali pierwszą żywą istotę poza miastem: wpółleżący, wsparty o ornamentalną studnię, zawodził wniebogłosy rycerz, opatulony poszarganą zieloną opończą. Wyschła! - lamentował nieustannie, opłakując piękną, ale bezużyteczną krynicę. Nie dawał sobie przemówić do rozumu - aż dobył potężnego miecza, i chciał wyzwać drużynę na pojedynek w imię obrony honoru i zasadności swojego smutku. Avaret i Alvos wspólną tyradą zdołali złamać opór rycerza, który okazał się być młodym idealistą, gorąco wierzącym w mityczny Bastion. Przekonali go, że warto zaczynać od rzeczy małych, a Orwan - bo tak się zwał ów rycerz - postanowił przyłączyć się do poszukiwań zagubionych bliźniaków. Na odchodnym Kendrick wrzucił ozdobny wisior z kropierza Rodericka do studni, wypowiadając życzenie, “aby chłopcy wrócili cali i zdrowi do domu”. 

Chyliło się już ku zachodowi, gdy zdecydowali się zatrzymać na popas. Udało się wyperswadować Orwanowi, żeby nie brał na siebie całej warty. Noc minęła spokojnie, przepełniona zapachem wrzosów i światłem gwiazd. 


Nad ranem do ich obozowiska zawitał kolejny podróżnik - objuczony dziwaczną aparaturą łowca deszczu, Coalin. Przedziwne to było spotkanie - wędrowiec opowiadał historie o substancjach i destylatach, i w końcu tak zaintrygował Drużynę, że ta zdecydowała się poznać tajemnicze właściwości jego specyfiku. Jeden Avaret oparł się ich działaniu, z pozostałych każde poddało się potężnemu uczuciu smutku:

  • Kendrick boleśnie zdał sobie sprawę z nieuniknioności śmierci swojego umiłowanego Rodericka,
  • Kalinę nawiedziła myśl o koszcie, jaki natura będzie musiała ponieść, by Miasto mogło powstać,
  • Alvos przypomniał sobie ryzyko utraty własnej tożsamości, jakie niesie ze sobą od czasu pasowania.

Okazało się, że Coalin jest alchemikiem, który bada niezwykłe właściwości tutejszego deszczu. Po długiej dyspucie i wymianie hipotez ruszyli dalej, każde w swoją stronę - Coalin do Wrzosowego Słupa, by wypytać mieszkańców o długotrwałe efekty ekspozycji, a Drużyna na południowy zachód, gdzie ich nowy znajomy widział dzień wcześniej pastuszka z nadmiarem krów. 

I rzeczywiście, Aluna, piegowata i długonosa dziewczyneczka ostatkiem sił próbowała okiełznać sporą grupę krów. Dzięki sprawnej pomocy Kaliny i Alvosa udało się zebrać niespokojne bydło razem. Pasterka podzieliła się swoimi rozterkami - otóż większość krów było ze stada Kernicka, a opiekować się nimi miały właśnie poszukiwane bliźniaki. Jak się jednak okazało, kilka dni temu przekupiły dziewczynkę słodkimi ciastkami, zostawiły krowy pod jej opieką, i za namową swojej przyjaciółki, Reyki, ruszyły na południowy zachód, do lasu - ponoć na poszukiwanie magicznego źródła. Od tamtej pory młoda bez przerwy musiała pilnować krów - a coraz trudniej było nad nimi zapanować. Drużyna idealnie wykorzystała sytuację, i gorliwego Orwana wysłała z Aluną do Wrzosowego Słupa. Zaczynaj od prostych rzeczy, rycerzu. 

Czując że trop jest tuż o krok, Drużyna ruszyła do Sucholasu. Rzeczywiście, choć żywy, wydawał się być permanentnie przesuszony. Ich podejrzenia szybko się potwierdziły - znaleźli zaczepioną na suchej gałęzi ozdobną chustę, nikle pachnącą miodem posmakowanym zaledwie przedwczoraj. Nie ustawali w poszukiwaniach, i zdecydowali się na obozowanie w lesie. Przynajmniej nie musieli obawiać się o brak opału. 

Warta Kaliny okazała się być brzemienna w skutki. Najpierw paliwo puściło soki. Potem ściółka i drzewa wokół odżyły, w mgnieniu oka wypuszczając liście. A potem usłyszeli odgłosy ciężkiego czołgania się, tuż poza kręgiem światła rzucanego przez syczące ognisko. W końcu - zobaczyli go. Potężne cielsko samo w sobie, do tego dziwacznie opuchnięte - ogromny jeleń padł na glebę, ciężko dysząc i drżąc z bólu. W jego udzie - potężne ukąszenie, jątrząca się, cuchnąca rana. A na jego szyi - wpita w skórę złota korona. W popłochu próbowali wymyślić, jak pomóc agonalnemu gościowi, jednak gdy tylko nacięli ranę, buchnęła z niej ropa i cuch, a koronowany jeleń wydał ostatnie tchnienie. W mgnieniu oka życie opuściło również Sucholas. 

Długo debatowali, jak uhonorować tak niebywałą istotę. Koniec końców Averet zdecydował się spać w pobliżu zwłok, w oczekiwaniu na poranny pogrzeb. Przez noc jad wsiąkł w ziemię, zsyłając na zamaskowanego rycerza niejasny, niepamiętany koszmar - o lesie pełnym życia, w którym czai się niebezpieczeństwo. Pomni tejże przestrogi, i przepełnieni szacunkiem dla, jak go nazwali, Króla Lasu - pogrzebali go pod skonstruowanym naprędce kurhanem z kamieni. Przypadkiem zdarzyło się, że Kalina ułamała jedno z majestatycznych poroży - jakież było jej zdziwienie, gdy okazało się że leży w dłoni jak najlepsza broń. Postanowiła jednak pozostawić je wbite w grób - i zapamiętać to miejsce, na wypadek gdyby tajemniczy oręż miał by się do czegoś przydać. 

Wciąż jednak nie znaleźli śladów bliźniaków.

No comments:

Post a Comment