![]() |
| Mnich z fletem Jacob Gole, 1670 - 1724 |
Rankiem ruszyli wraz z wiatrem, na północny wschód, by zbadać najgłębsze zakamarki Sucholasu.
Wśród trzeszczących drzew napotkali postać okutaną w pozszywane skóry, która niosła im posłanie od jej pana, gospodarza tych ziem: drogą dalej mogli ruszyć jedynie po spełnieniu. Alastig musiał pozostać na ten czas pod opieką łysego zawalidrogi. Drugi warunek był niepokojący: Kendrick miał schować swój kamienny naszyjnik, który przy pasowaniu otrzymał przy pasowaniu na rycerza.
Słuszne było oburzenie Drużyny. Zasypali posłańca pytaniami, jednak ten nie kwapił się do odpowiedzi na temat swojego Pana, ani jego dziwacznych obyczajów. Alvosowi jedynie udało się wymóc na nim przysięgę, że godnie zaopiekuje się Alastigiem, i zwróci go całego i zdrowego, gdy opuszczą domenę tajemniczego gospodarza.
Ruszyli więc dalej, na przestrzał przez las, a im dalej szli, tym więcej postaci w skórach towarzyszyło im w milczącej straży. Dotarli w końcu do leśnej polany, na której środku stała kaplica - okrągła ceglana wierzyca. Front kaplicy znaczony był potężnym łukiem, pod który prowadziły schody, na szczycie schodów stał tron, a na tronie siedziała potężna postać.
Milcząca do tej pory straż zapowiedziała przybyszów, pojedynczo wywołując ich pełne miana, by na koniec chórem przedstawić swego pana: Widzący Skóry. Drużyna oddała mu więc pokłon, każdy wedle własnego uznania: jedni na kolanach, inni skinieniem. Po tym została wezwana przed oblicze Widzącego, a z każdym krokiem bliżej jego postać widoczna była coraz bardziej, w całej swojej niepokojącej okazałości. Był kształcie ludzki, w kolorze brązowy, w rozmiarze potężny. Ze stóp schodów poznać szło jego powierzchowność: składał się w całości z płatów skóry, nałożonych jedna na drugą, oddychających, ruszających się. Twarzy nie miał, choć gdy przemówił, a głos jego był jak dzwon, z przodu jego głowy rozwarła się szczelina.
Porozmawiali, choć lepiej nazwać to audiencją. Najważniejszym tematem był Sucholas i tajemnicze wydarzenia, których byli w nim świadkiem: źródła, które obdarowywały pijących z nich nieprzewidywalnymi darami; potężny jeleń, który padł zatruty. Dowiedzieli się, że to od ich decyzji zależy, czy źródło dalej będzie nawiedzać te tereny, i w jaki sposób na nie wpłynie. Dowiedzieli się, że jeleń to ostrzeżenie z odległego lasu, przestroga przed Tą, która nosi jad.
Zapytali również o los dziecka, które uciekło od źródła. Czy wie gdzie jest?
Wiedział. Dobrze wiedział.
Jednym z jego skrytych pod skórami sług była dziewczyna, jakże podobna do Kernicka, jakże podobna do Arturo, którego ciało wieźli ku rodzicom. Stanęła za drużyną, i zdjęła kaptur, by dać się rozpoznać. Łatwo było, chociaż, zgodnie z obyczajem tu panującym, ogolona była na łyso. Zapytana, czy chciałaby wrócić do domu, odpowiedziała przejęta, że złożyła przysięgę wierności Widzącemu, i nie jest to możliwe. Jej poważna maska pękła, gdy Averet ukazał jej oblicze ojca. Drużyna jęła się przekonywania Widzącego, by ten pozwolił dziewczynie wrócić do domu, by choć jedno z bliźniąt mogło pocieszyć rodziców. Ten nie dość, że nie chciał się zgodzić, zastrzegł takoż, że nie życzy sobie, by rodzice Chider wiedzieli, gdzie ta się znajduje.
Nieugięty olbrzym z sobie tylko znanych przyczyn zmienił zdanie. Po długiej debacie po polanie przetoczyły się słowa: “Wróćcie do mnie za rok, a pozwolę opuścić jej to miejsce”. Zobowiązali się sami przed sobą, że takoż zrobią. Audiencja została zakończona.
Galopem ruszyli na północ, byle szybciej, byle dotrzeć do Wrzosowego Słupa, dać pochówek i ukojenie rodzicom. …chociaż, czy ukojenie może być oparte na kłamstwie?
Zatrzymali się na popas późnym wieczorem, nad brzegiem rzeki, gdzie na przybrzeżnym żwirowisku znaleźli ślady obozowiska, kupę szmat i dziwny, biały flet. Jego porowata struktura przypominała coś między kością a lekkim kamieniem. Averet zdecydował się przygrać do wieczornego posiłku, wybrał skoczną melodię, do której Alvos zaśpiewał prześmiewczą piosenkę o rycerzu, który próbuje udowodnić swoją wartość wybrance, ale ta raz za razem odrzuca jego awanse. Dobry to czas był, chwila wytchnienia dla całej drużyny, choć tuż po występie flecista poczuł ukłucie dziwnego smutku, które zostało z nim na dłużej.
W nocy Avereta obudziła wybranka jego serca. Piękna kobieta strojna w powłóczyste szaty, z jaśniejącą twarzą zapraszała go na spacer w stronę rzeki. Poszedł, kawałek, słysząc nadchodzący szum wody, jednak gdy poczuł dotknięcie jej dłoni, poczuł że nie jest tym, kogo ona szuka. W momencie gdy zdał sobie z tego sprawę, sprawił tym okropną przykrość piękności. Jej uśmiech zgasł. Momentalnie wyłoniła się potężna dłoń, a wybranka w jej chwycie zgasła jak świeca.
Obudził się gwałtownie i nie zasnął do świtu.
Rankiem razem z Averetem zdecydowali się zniszczyć flet. Zakapturzony rycerz rozłupał go toporem, a zamaskowany pogrzebał nad brzegiem rzeki. Topór długo jeszcze nosił ślady mrozu, jaki wydobył się z przepołowionego fletu.
Ruszyli dalej na północ, po lewej ręce mając rzekę. W niedługim czasie mgła, która do tej pory czaiła się na drugim brzegu, ruszyła za nimi. Wkrótce otoczyła ich zupełnie - aż po swojej prawej ręce zobaczyli jezioro, czyste od mgły, na którego drugim brzegu czekały ich niewyraźne postacie. Lub postać? Ciężko było dojrzeć, więc ruszyli bliżej, po to tylko, by w zielonej, zgniłej toni wodnej zobaczyć białe, blade oblicza i dłonie potopionych. W tejże chwili tłum z drugiego brzegu ruszył na nich, wprost przez toń, i zdawało się jakby sama woda szła na nich, w żałobnych szatach, i w tłumie widzieli każden swoje rozterki i smutki, zapomniane miłości, niezrealizowane szanse, potworne przeszłości, przerażające przyszłości.
Zbiegli. W mgłę, do rzeki.









